Marzenkowo

Kwiecień 19, 2010

Poniedziałkowo poranna notka marudząca

Filed under: emigracja, Taka Ameryka — evita_duarte @ 8:50 am

W sobote ktoś wybił mi szybę w oknie w sypialni, do środka wpadła piłka basebalowa i potoczyła sie po podłodze. Oczywiście jak wyjrzałam to na zewnątrz nie było żywej duszy. Pewnie duchy grały na ulicy, a one jak wiadomo nie biorą odpowiedzialności za swoje czyny.

Dziś o ósmej rano cieć przyszedł naprawić okno. Powtórzę: O ÓSMEJ! Ja o ósmej to nie wiem jak sie nazywam, zwłaszcza w poniedziałki. Należę do tych osób, co siedzą do późna i wstają też późno- pracuję po południu, szkołę mam wieczorem. Ósma to dla mnie terror,  a on sobie zadowolony wmarszował i jeszcze sie dziwi, że mnie obudził. Przy okazji nie omieszkał zauważyć, że mam pralkę (którą J. wczoraj głupio wysunął na środek kuchni), a przecież nie wolno. Zignorowałam tę uwagę, bo ósma rano to dla mnie za wcześnie na tłumaczenie się z czegokolwiek.

I tak zaczyna sie mój tydzień- od niewyspania. A dziś kolejny test, trzymajcie kciuki.

Reklamy

Marzec 31, 2010

Poetycznie po polsku

Filed under: Co w duszy gra, emigracja — Tagi: — evita_duarte @ 10:06 pm

Nie wiem, co to poezja
nie wiem , po co i na co,
wiem, że czasami ludzie
czytają wiersze i płaczą,
a potem czasami piszą,
mozolnie i nieudolnie,
by od dławiącej ciszy
łkające serce uwolnić

Władysław Broniewski

Angielskiego i niemieckiego uczyłam się już w podstawówce. Do tego ostatniego skutecznie zniecheciła mnie moja nauczycielka, więc teraz jednie potrafie się przedstwiać po niemiecku. Angielskiego uczyłam się z przyjemnością, bo nauczycielką byla sympatyczna babka, która wiedziała co robi. Pierwszą prawdziwą książką, którą przeczytałam po angielsku była Memoirs of a Geisha. Zajęło mi to dużo czasu i niezliczone spacery po słownik. Teraz czytam już beproblemowo i bezsłownikowo. Z jednym mam jednak problem- poezja. Wiersze są jak zaglądanie do wnętrzności autora, najgłebsze myśli i uczucia… a ja nie rozumiem poezji po angielsku. Słowo daje, równie dobrze te wiersze mogłyby być napisane po hiszkańsku- też by do mnie NIC nie dotarło.Myśleliście kiedyś, że polski jest jęzkiem poezji? Dla mnie jest!

Marzec 16, 2010

Przebudzenie wiosenne

Filed under: emigracja, Na wlasne oczy, Taka Ameryka — evita_duarte @ 9:26 am

Ludzie, jest wiosna! Świat budzi sie do życia to i ja postanowiłam się przebudzic na blogu. Jest to bardziej świadome postanowienie, niż stan faktyczny. Ostatnie tygodnie prześladowało mnie ostre zapalenie oskrzeli, które powracało sobie jak bumerang, a to wszystko przez to, że na kolację walentynkową założyłam małą czarną- gołe nogi. Jeśli zatem przez ostatnie tygodnie prześladowały Was odgłosy niewiadomego pochodzenia, jakieś grzmoty i huki, to nie były to wyładowania atmosferyczne. To mój kaszel dało się słyszeć dookoła globu.

Teraz patrząc jednak za okno nie dało by się nie poczuć lepiej. Słońce świeci, pączki pojawiaja isę na drzewach, a na nielicznych skrawkach zieleni już coś kwitnie. Za oknem rozlegją się dźwięki kocich zalotów. Niczym nie przypomina to pogody z tego weekendu, kiedy to wiatr przewrócił drzewo na samochód- krowę, na szczęście nie robiąc wielkich szkód. Takiego szczęścia nie miało wiele innych osób, którym drzewa pospadały na domy.

Styczeń 30, 2010

Pogoń

Filed under: emigracja, Taka Ameryka — evita_duarte @ 11:43 am

Czy poszukiwanie, ciągłe dążenie do czegoś jest lepsze od wygodnie zacumowanego statku? Czy naprawdę wrośnięcie korzeniami w jedno miejsce, związek czy pracę jest takie złe? Czy to świadczy o nierozwijaniu się? Mnie się tak czasem marzy zacumować i nie gonić za niczym, niczego nie zmieniać. Ot, być sobie zwyczajnie. Męczą mnie ciągłe zmiany miejsc i ludzi. Ciągle inna praca, nadal bylejaka. W poniedziałek zaczynam zajęcia, znów coś nowego. Czy to miasto okropne- wspaniałe na wszystkich wymusza taki bieg z przeszkodami, czy tylko ja nie potrafię się mu oprzeć? Czasem zachwyca mnie czar tych pogoni, pośpiechu, a czasem czuję, że muszę przystanąć. Ponoć największym przeklenstwem jest nie wiedzieć czego się chce. Ja nie wiem.

Styczeń 14, 2010

Teczkę na ramiona czas włożyć

Filed under: emigracja, Studenckie historie, Taka Ameryka — Tagi: , , — evita_duarte @ 3:06 pm

Ludzie z Registration Office w Brooklyn College poznają mnie już po głosie, no może nie wszyscy. Uparta jestem i wiem czego chcę, nie dam się zatem zbyć byle czym i byle jak. Byłam tam w zeszłym tygodniu, ale odesłana zostałam z niczym, bo powiedziano mi, że jako nowa studentka muszę zrobić najpierw obowiązkowo jakąśtam rezerwację internetową. Jak próbowałam to zrobić o się dowiedziałam, że nie moge użyć tego systemu bo nie jestem „undergraduate” (jak to przetłumaczyć?). Od tego momentu zaczęło się moje wydzwanianie. Jedni odsyłali mnie do innych, a tamci do tych pierwszych. Próbowano mi nawet powiedzieć, że nie mogę się z domu zarejsrować tylko muszę tam przyjechać osobiście. Osobiście to ja juz tam byłam drogi panie i pan mnie odesłał z niczym. Tak pan, zapisałam sobie pańskie imię. Zajęcia zaczynam pod koniec miesiąca. Nie przewiduję więcej problemów.

PS. Jak napisałam w komentarzu do poprzedniego wpisu, straciłam pracę. Mam już coś nowego na część etatu od wtorku. Nie będę już musiała jeździć krową, bo to jest dość blisko. Zwłaszcza, że lusterko do krowy jeszcze nie dotarło.

PS. Nigdy nie jeździłabym samochodem na Manhattan. Przecież te korki i problemy z parkingiem doprowadziłyby mnie do szału.

Styczeń 7, 2010

Samochód- krowa, kierowca- ja

Filed under: emigracja, Na wlasne oczy, Taka Ameryka — Tagi: , — evita_duarte @ 11:32 am

Prawo jazdy mam od dawna. Kierowcą jednak jestem niedzielnym. Jak już muszę to prowadzę, ale wolę byc wożona. Od mojego ostatniego wypadku unikałam roli kierowcy jak ognia, bo po co mi to. Wyjechałam wtedy ze znaku stop, wprost pod koła innego samochodu. Nigdy już nie będę wozić pijanego towarzystwa po imprezie, taksówki brać moi drodzy. Darło mi się toto i rozkojarzało mnie przeokrunie (towarzystwo oczywiście).

Teraz mamy samochód-krowę. Łatwo się nią nie jeździ, ale mój twierdzi, że w razie wypadku jesteśmy bezpieczniejsi niż w jakimś bączku. Ja to sobie myślę, że on mnie przekonał do zakupu krowy myśląc, że będę się bała prowadzić i on będzie miał samochód sam dla siebie. Rację miał- nie wyrywam się za kierownicę, jeśli nie muszę. Co innego jeśli mam gdzieś telepotać się metrem dwie godziny. Niedoczekanie.

Ostatnio jeżdżę do pracy krową. Och, musielibyście słyszeć zatroskane pytania znajomych- a jak J. wtedy dojeżdża? Jakoś o mnie nikt się nie martwił jak spędzałam w metrze długie godziny.

Jadę więc krową i powiem wam, że nie wszyscy mnie wymijają i nie zawsze mam cierpliwość do jazdy najwolniejszym pasem. Odświeżam też sobie zasób słów uważanych za obelżywe. Zdarza mi się wymyślić jakies nowe słowo od czasu do czasu. Bo jak nazwiecie kierowcę, który jedzie pasem obok w dużej odległości, a jak ja puszczam kierunkowskaz, coby na jego pas zjechać to nagle przyspiesza, żebym tylko nie jechała przed nim? Nowe nazewnictwo jest tu potrzebne, słowo daję. Nie znoszę też brawury i głupoty- zazwyczaj tym wykazują się mężczyźni. Im lepszy samochód, tym bardziej pewni siebie. Jeszcze mi kobieta nie wjechała na mój pas spychając mnie na srodek drogi, dodam, że bez kierunkowskazu. Z resztą kierunkowskazy są dla mięczaków, prawdziwi twardziele śmierci się nie boją.

PS. Wczoraj krowie oberwałam lusterko prawe (ucho?). Na razie czeka mnie jazda metrem, brrr.

Styczeń 5, 2010

Żyję

Filed under: Co w duszy gra, emigracja, feelings, Taka Ameryka — evita_duarte @ 12:46 pm

Przechodzę przez turbulencje w mojej podroży i zastanawiam się, czy drastycznie nie zmienić kierunku, ale żyję. Cieszę się, że zaglądacie do mnie nawet jak nie ma mnie długimi tygodniami.

Święta minęły spokojnie. Nagotowałam się tak, że do tej pory nie wszystko zjedzone. Wyjazd sylwestrowy do Vermont nie za bardzo się udał. Po pierwsze nie odczułam, że Sylwester był Sylwestrem, więc postanowiłam, że tego roku liczyć nie będę. Po drugie za zimno było żeby zjeżdżać, a po trzecie nie umiem jeżdzić na nartach. Chciałam sobie poćwiczyć, ale było tak zimno, że zniosłam tego tylko dwie godziny. Wywaliłam się tylko raz, ale od razu mi rękawice przemokły i wtedy już zamarzałam.

W 2010 życzę Wam spokoju i tego, żeby był taki jaki chcecie. Sobie życzę natchnienia do podjęcia właściwej decyzji i obrania właściwego kierunku.

Grudzień 10, 2009

Historia pewnej znajomości

Filed under: emigracja, feelings, Opowiadanie, Prywata, Taka Ameryka, Uncategorized, wspominki — evita_duarte @ 12:29 am

Jak przyjechałam do Stanów to byłam samotna jak pies. Nie miałam nikogo, nawet J. jakby nie było, bo kłóciliśmy sie kilkanaście razy dziennie o pierdyliard spraw ważnych i o drobnostki. Miałam telefon, ale nie było do kogo dzwonić- nikogo nie znałam.  Wtedy zaczęłam doceniać każdą znajomość. Przestałam zwracać uwagę na różnice, a zaczęłam pielęgnować podobieństwa. Prawie z każdego miejsca gdzie postawiłam nogę wyniosłam też kogoś w moim sercu. Zbierałam ludzi jak kamyczki do szalonej kolekcji. Byłam zupełnie niewybredna. Wyrobiłam w sobie odruch nie patrzenia na to co mi się nie podobało, a na siłę szukania rzeczy dobrych. Żałosne to było trochę- czasem przymykałam oko na zbyt wiele. Dzięki temu moja kolekcja jest dziś niemała i naprawdę ciekawa. Moi znajomi i przyjaciele są różni, a łaczy ich jedno- mam do nich wiele serca.

Sara pracowała w szkole jednocześnie będąc jej studentką jak ją poznałam. Później dostała ofertę i została. Zaprzyjaźniłyśmy się szybko, chociaż różniło nas chyba wszystko. Ona- matka dwójki dzieci, muzułmanka, makijażu zero, tradycjonalistka w spojrzeniu na wszystko co związane z rodziną, rolą kobiety i mężczyzny etc. Ja w porównaniu do niej jestem silna i wyzwolona, nie żeby Sara była kiedykolwiek słaba. Przyjemnie było mi patrzeć jak ona się zmienia, zmieniając świat wokół siebie. (Sara kilka lat później jest zupełnie inna osobą i twierdzi, że to moja wina, czy też zasługa).Spędzałyśmy razem mnóstwo czasu, pomagałam jej wielokrotnie jak była w kolejnej ciąży, jak urodziła dziecko byłam w szpitalu tego samego dnia. Wykosztowałam się też na prezent dla malucha.

Pracowałayśmy razem. Ona była ulubienicą naszej bezpośredniej szefowej. Wszystko było OK dopóki nie wywalczyłam sobie podwyżki. Tam wszystko trzeba było sobie wywalczać, naprawdę. Wtedy ona zaczęła się na mnie dąsać zła na cały świat, a najbardziej chyba na siebie- nasza bezpośrednia szefowa nie miała wpływu na podwyżki czy awanse, bo inaczej Sara zarabiałaby więcaj niz każdy. Ale w końcu i ona dostała podwyżkę i wszystko wróciło do normy. Ja zapomniałam o fochu koleżanki, z reszta nawet przeprosiła i to pięknie. Nadal spędzałyśmy razem mnóstwo czasu. W pewnym momencie ktoś zaczął kopać pode mną dołki. Ktoś komuś coś nagadał i byłam w niełasce. Szefowa obcięła mi godziny tłumacząc się, że w sumie to aż tylu studentów to nie ma. Przygnieciona do muru powiedziała mi, że ktoś jej powiedział, że ja powiedziałam, że cośtam. Bzdury to były okropne, ale nie miałam nawet jak się bronić. Żaliłam się Sarze, że szefowa odmawia mi możliwości konfrontacji z tym kimś, kto mnie tak pogrąża. W pewnym momencie dałam za wygraną.  Po jakimś czasie dowiedziałam sie, że osobą ktora kopała pode mną dołki była właśnie ona- moja przyjaciółka. Miałam fakty wyłożone jak na dłoni. Bolało jak cholera, ale nie powiedziałam jej, że wiem. Wiedziałam, że w pracy pozostać muszę do końca kontraktu, a to tylko kilka miesięcy. Chciałam, żeby ten czas był znośny. Odsunęłam się od niej jednak, bo udawć nie potrafię, nie aż tak. Zaczęły pojawiac sie kłótnie o małe rzeczy, nie chciałam nawet z nią gadać. Nie mogłam patrzeć na nią wiedząc, co zrobiła. Może powinnam była jej powiedzieć, czekać na wytłumaczenie, może nie wyparłaby sie wszystkiego. Straciłam dla niej serce. Kiedy odeszłam z pracy rozmawiałyśmy kilka razy przez telefon, spotkałyśmy się w szerszym gronie chyba raz.

Dziś zadzwoniła do mnie z problemem. Chciała, żebym jej pomogła w jednej  ważnej rzeczy. Powiedziała, że tylko ja dla niej to mogę zrobić, że tylko na mnie może liczyć. Płakała tak bardzo, że ledwo rozumiałam co mówi. Jednocześnie prowadziła samochód. Myślala, że jak za dawnych czasów pobiegnę na ratunek. Pobiegłam. Jest we mnie jednak dużo złości z tego powodu. Nie mogłam jej odmówic, nie w sytuacji, w której ona się znajduje, nie jeśli chcę na siebie spokojnie patrzeć w lustrze. Ale to nie jst fair, to nie jest ok.

Listopad 26, 2009

Za co jestem wdzięczna- wpis okolicznościowy z okazji Thanksgiving

Filed under: emigracja, mydlo powidlo, Taka Ameryka — evita_duarte @ 12:30 am

Krótko i zwięźle, niekoniecznie w kolejności. Jestem wdzięczna za:

1. Mojego męża, bo kocha mnie i szanuje i wszystkie te takie z przysięgi

2. Moich przyjaciół, bo zawsze sa kiedy potrzeba. Wspieraja mnie kiedy tego potrzebuję, a potrafią się też bawić jak mało kto.

3. Za to, że jakoś przeżyłam tę trzydziestkę i nie była to wcale trzydziestka z opowiadań moich koleżanek- młoda jestem jeszcze.

4. Za to, że jestem tu gdzie jestem- w Stanach chociaż to wcale nie byl mój pomysł, żeby wyjechac.

5 Za to, że marzenia sie spełniają, a właściwie może za to, że mam poczucie, że sama moge je sobie spełniać, przynajmniej częściowo.

6. Za wiele, wiele rzeczy, które teraz nie przychodzą mi do głowy, ale jak sobie przypomne to dopiszę.

PS. pamietacie ten egzamin, o którym pisałam, że prawdopodobnie oblałam z kretesem? Myliłam się- zdałam i to na 94%. A tak się nasłuchałam o ludziach podchodzących do niego po 5 razy.

Listopad 24, 2009

Wspomnienie lata

Filed under: emigracja, Fotografia, Galeria, Podroze, Zdjecia — evita_duarte @ 7:50 pm

VivaLasVegas230.jpg Wspomnienie lata picture by evita_duarte

Older Posts »

Blog na WordPress.com.