Skostnialymi palcami wklikuje te litery. Ten tydzien ma byc jednym z najzimnejszych, a ta zima trzeba przyznac troche nas oszczedzila. Tymczasem dla ogrzania serc zapraaszam do obejrzenia FLORYDY na galerii.
Wylot byl w niedziele rano. Wrocilismy do domu o pierwszej w nocy, obudzilismy sie na czas i w sumie to nie wiem naprawde jak to sie stalo, ze spoznilismy sie na samolot. Minimalnie, ale zawsze. gdyby samolot spoznil sie pietnascie minut bylibysmy na czas. Nie bylo mozliwosci doplaty i zalapania sie na nastepny lot, poniewaz w sezonie przedswiatecznym wszystkie miejsca sa wykupione.
Postawiono nas na “stand by”, co generalnie oznacza, ze jesli ktos spoznilby sie na samolot mielismy czekac na wyczytanie naszych nazwisk. Biegalismy od bramki do bramki, od jednego lotu, do innego. Odsylano nas wszedzie z kwitkiem, bo wyobrazcie sobie, ze niezbyt wiele osob spoznia sie na samoloty. Wylecielismy z Nowego Jorku dopiero po siedmiu godzinach od planowanego lotu. Caly ten czas nie moglisy nawet odpoczac, bo musielismy trzymac reke na pulsie i sprawdzac czy przypadkiem teraz na drugim koncu JFK nas nie wezwa. Nie spozniajcie sie nigdy na samolot, naprawde My dostalismy pamietna lekcje.
Dolecielismy wreszcie szczesliwie do Ft. lauderdale i na razie jest super, chyba oprocz tego, ze za wszystko chca tutaj pobierac dodatkowe pieniadze. J. oczywiscie doplacil za wynajecie nowiutkiegosuperfantastycznegoautka. A niech mu bedzie, skoro mu to przyjemnosc sparwia. Jutro i tak ja prowadze, zobaczymy czy bylo warto doplacac
Pozdrawiam Was zatem i zycze Wesolych Swiat z cieplej aczkolwiek nie goracej Florydy.
Pierwszego pogodnego dnia naszego pobytu w New Hampshire wybralismy sie na jedna Gore Ktora Stoi Samotnie -Monadnock. Przy wejsciu do parku, zaraz po zaplaceniu biletu zobaczylismy ten oto znak.
Nie wzielismy sobie tego do serca za bardzo, a okazalo sie, iz rzeczywiscie przy wspinaczcie pogoda zmienna jest
Las byl fantasyczny. Gdzieniegdzie wygladal jak las elfow z Wladcy Pierscieni.
Na poczatku byl to najzwyklejszy spacer po schodkach.
Przyroda wydawala nam sie niesamowita, zwlaszcza w porownaniu z naszym, zyciem nowojorskim.
A oto chipmunk (nie mylic z wiewiorka), znany Polakom glownie z kreskowki Chip i Dale.
A to juz po dotarciu na szczyt. Ciezko bylo i wietrzno. Moze dlatego nic tam nie rosnie. Dla tych widokow warto bylo sie meczyc. Warto bylo nawet wysilic sie i wciagnac J. na szczyt za uszy
Niedlugo po powrocie znad Niagary wybralismy sie do New Hampshire, gdzie na zboczu gory szef J. ma dom. Droga byla dosc powolna, korek w Connecticut ogromny, a Szekspir tez dawal nam sie we znaki. Miauczal, zial z goraca, lazil po calym samochodzie. Dopiero pod sam koniec uspokoil sie i poszedl spac. Dotarlismy tam wieczorem, okolica byla przepiekna. Dom polozony w gestwinie drzew z niesamowitym widokiem na Monadnock Mountain, ktora po kilku dniach stala sie celem naszej wyprawy.
Przez kilka nastepnych dni lalo niemilosiernie, wiec jedyne co nam pozostalo, to popijac winko, patrzac tesknie za okno i ewentualnie grillowac. A grillowalismy codziennie.
Kielbaski,hamburgery, kurczaka mniam. Nie podobalo sie tylko Szekspirowi, ktory juz drugiego dnia wakacji zniknal. Obszukalismy caly domek i nic. zaczelismy myslec o nieprawdopodobnym- Szekspir w naglym ataku odwagi i ciekawosci swiata wyszedl na zewnatrz. Bylo to dla nas niewyobrazalne, mimo, ze drzwi byly otwarte caly czas. Kici kici rybenko, Szekspirku gdzie jestes, a lachudry ani sladu. Ja juz zasepiona (i zaplakanma, a co), wyszlam do lasu szukac “kotecka”. Tymczasem “rybenka” ukryl sie w schowku jednego z lozek. Nie mruknal nawet jak go wolalismy. Kto wie, moze bysmy go znow gdzies wywiezli
Kiedy pogoda juz sie poprawila moglismy podziwiac piekno okolicy. Ilosc swierzego powietrza i zieleni byla dla mnie oszalamiajaca.
Zycie powinno pachniec wlasnie tak: lasem, kwiatami, grillem czasem. Nasze na razie ma zapach Nowego Jorku, a ten smierdzi jak slusznie stwierdzila mama.
W poblizu powinien byc zawsze domek na drzewie
W pogodniejsze noce widac bylo wszystkie gwiazdy. Ogladalismy je golym okiem i przez lunete. Za dnia zjawialy sie zwierzeta, na ktore polowalam z moim aparatem. Wybralismy sie tez na Monadnock, ale o tej wyprawie innym razem.
Do Buffalo dotarlismy wieczorem. Zanim rozpakowalismy samochod, obejrzelismy jakis film, to bylo juz ciemno. Jeszcze stoczylam wspomniana wojne na poduszki i bylismy gotowi do wyjscia. Bylismy okrutnie zmeczeni i zastanawialismy sie czy jest sens wychodzic, zwlaszcza, ze padalo. Na szczescie zdecydowalismy sie, bo widok, ktory zobaczylismy zmusil nasza trojke do popiskiwania z radosci. Wrazenia nie da sie opisac.
Nastepnego dnia po sniadaniu, nie zwazajac na protesty mamy, wybralismy sie na juz wspomniany przelot helikopterem. Pozniej ogladalismy wszystko “pieszo”. Przeszlismy na Goat Island tym oto mostkiem.
A na samej wyspie bylo przepieknie. Z przejecia zapieralo nam dech w piersiach.
Za kazdym podmuchem wiatru lodowata bryza obmywala nas, a raczej moczyla do suchej nitki. Wysychalismy szybko, ale zaraz bylismy mokrzy od nowa.
Od samego patrzenia w dol krecilo nam sie w glowach, szkoda, ze nie odda tego zadne zdjecie.
Zatrzymalismy sie na lody. Zjedlismy je tuz przy wodospadzie, na pieknej polance. Moglabym tam chodzic codziennie. Huk wody tylko uspokaja, swietne miejsce na relaks, przemyslenie, co tylko jest do przemyslenia, albo po prostu slodka drzemke.
Ostatnia atrakcja byl taras widokowy. Jest to taka sporej wielkosci rampa, wysunieta nad sama rzeka.
Z tarasu widac chyba wszystkie wodospady. Moze widok nie jest tak imponujacy jak z helikoptera, czy ze strony kanadyjskiej (na ktora sie nie udalismy- innym razem), ale warto bylo tam wejsc.
Zaraz potem wrocilismy do Nowego Jorku. Nie na dlugo jednak, bo za dwa dni wyruszylismy do New Hampshire, o ktorym kiedy indziej.
Juz za stosunkowo niewielka sume mozna sie wybrac na przelot helikopterem. Dzieki temu w szybkim czasie zobaczy sie wszystkie wodospady z lotu ptaka. A raczej powiedzialabym z lotu halasliwej wazki, bo do tego owada podobny jest helikopter. Dla J. i mamy byl to pierwszy raz w helikopterze. Ja ponoc juz kiedys lecialam z tata i siostra nad naszym lokalnym lotniskiem w Polsce, ale nie pamietam tego. Skoro nie pamietam, to sie nie liczy, wiec tez prawie pierwszy raz. Mama nie poleciala wtedy z nami, bo… ma lek wysokosci. Tym razem jednak w ramach walki z wlasnymi lekami i slabosciami zostala prawie sila zaciagnieta do wazki.
Raz dwa zanim sie obejrzelismy bylismy w powietrzu. I to bynajmniej nie wznoszac sie lagodnym lukiem, ale dosc szybko i gwaltownie osiagajac wysokosc. Widok byl niesamowity, radosc przepelniala cale pluca, choc mamie akurat bylo niedobrze. Ja za to zajelam miejsce na przedzie, obok pilota:
Mialam stamtad najlepsze widoki. Bryza, ktora w dole moczyla nas lodowatym deszczem, w sloncu tworzyla tecze pieknie widoczna z naszych miejsc VIP
Moze zdjecia nie oddaja tego ogromu i pewnie nie oddadza, ale chyba tez zapieraja dech w piersiach?
Mam tak duzo do opowiadania, ze nie wiem od czego zaczac. Mama nie widziala jeszcze nawet wiekszosci Nowego Jorku, a juz jej sie nie podoba. Twierdzi, ze jest za tloczno, smierdzi (tez mi nowina), a poza tym to nie ma zieleni. Jedyne co jej sie podobalo, to fakt, ze co kilka krokow mozna bylo sobie przysiasc przy stoliczku, napic czegos i zapalic papierosa. Tak, mama jest jedna z tych smrodzacych lokomotywek, o ktorych kiedys pisalam
Juz pierwszego weekendu zabralismy ja na wyprawe. Kilka godzin jazdy, nie poinformowalismy jej gdzie jedziemy. Jak zobaczyla to to byla zachwycona.
My tez pierwszy raz bylismy nad Niagara. Wrazenie jest piorunujace, a widok niezapomniany. Zadne zdjecie nie odda tego wrazenia, a staralam sie naprawde. W hotelu urzadzilam im walke na poduszki, ale zgadali sie przeciwko mnie i dostalam lomot. Nastepnego dnia polecielismy helikopterem nad samymi wodospadami, pozniej lazilismy i podziwialismy. Moc wody jest ogromna. Nieogarnieta energia, tylko w jednym z wodospadow przelewa sie 285 TYSIECY litrow wody w kazdej sekundzie. W KAZDEJ SEKUNDZIE!!! Z wrazenia brakuje dechu w piersiach, zwlaszcza, ze to na wyzynie,a pluca nie przyzwyczajone do takiej ilosci swiezego powietrza. Podmuch watru zwiewal lodowata wode z wodospadu prosto na nas. Pogoda byla przepiekna, wiec szybciutko wysychalismy, zeby za chwile zostac zmoczonymi jeszcze raz.
Teraz dzieki uprzejmosci J. szefa rezydujemy w Gorach Bialych. Domek jest na wierzcholku jednej z nich. Pogoda nam nie dopisuje, ale i tak nam sie podoba. Wszystkim oprocz Szekspira, ktory okazal sie najbardziej tchorzliwym kotem, jakiego bylo mi dane poznac. Ale o tym moze kiedy indziej.