Kategoria wpisu: Fotografia, Galeria, Na wlasne oczy, Podroze, Taka Ameryka, Zdjecia, emigracja
Kategoria wpisu: Fotografia, Galeria, Na wlasne oczy, Podroze, Taka Ameryka, Zdjecia, emigracja
Kielbaski,hamburgery, kurczaka mniam. Nie podobalo sie tylko Szekspirowi, ktory juz drugiego dnia wakacji zniknal. Obszukalismy caly domek i nic. zaczelismy myslec o nieprawdopodobnym- Szekspir w naglym ataku odwagi i ciekawosci swiata wyszedl na zewnatrz. Bylo to dla nas niewyobrazalne, mimo, ze drzwi byly otwarte caly czas. Kici kici rybenko, Szekspirku gdzie jestes, a lachudry ani sladu. Ja juz zasepiona (i zaplakanma, a co), wyszlam do lasu szukac “kotecka”. Tymczasem “rybenka” ukryl sie w schowku jednego z lozek. Nie mruknal nawet jak go wolalismy. Kto wie, moze bysmy go znow gdzies wywiezli
W poblizu powinien byc zawsze domek na drzewie
Kategoria wpisu: Fotografia, Galeria, Na wlasne oczy, Podroze, Taka Ameryka, Zdjecia, emigracja
Do Buffalo dotarlismy wieczorem. Zanim rozpakowalismy samochod, obejrzelismy jakis film, to bylo juz ciemno. Jeszcze stoczylam wspomniana wojne na poduszki i bylismy gotowi do wyjscia. Bylismy okrutnie zmeczeni i zastanawialismy sie czy jest sens wychodzic, zwlaszcza, ze padalo. Na szczescie zdecydowalismy sie, bo widok, ktory zobaczylismy zmusil nasza trojke do popiskiwania z radosci. Wrazenia nie da sie opisac.
Nastepnego dnia po sniadaniu, nie zwazajac na protesty mamy, wybralismy sie na juz wspomniany przelot helikopterem. Pozniej ogladalismy wszystko “pieszo”. Przeszlismy na Goat Island tym oto mostkiem.
A na samej wyspie bylo przepieknie. Z przejecia zapieralo nam dech w piersiach.
Za kazdym podmuchem wiatru lodowata bryza obmywala nas, a raczej moczyla do suchej nitki. Wysychalismy szybko, ale zaraz bylismy mokrzy od nowa.
Od samego patrzenia w dol krecilo nam sie w glowach, szkoda, ze nie odda tego zadne zdjecie.
Zatrzymalismy sie na lody. Zjedlismy je tuz przy wodospadzie, na pieknej polance. Moglabym tam chodzic codziennie. Huk wody tylko uspokaja, swietne miejsce na relaks, przemyslenie, co tylko jest do przemyslenia, albo po prostu slodka drzemke.
Ostatnia atrakcja byl taras widokowy. Jest to taka sporej wielkosci rampa, wysunieta nad sama rzeka.
Z tarasu widac chyba wszystkie wodospady. Moze widok nie jest tak imponujacy jak z helikoptera, czy ze strony kanadyjskiej (na ktora sie nie udalismy- innym razem), ale warto bylo tam wejsc.
Zaraz potem wrocilismy do Nowego Jorku. Nie na dlugo jednak, bo za dwa dni wyruszylismy do New Hampshire, o ktorym kiedy indziej.
Kategoria wpisu: Fotografia, Na wlasne oczy, Podroze, Taka Ameryka, Zdjecia, emigracja
Juz za stosunkowo niewielka sume mozna sie wybrac na przelot helikopterem. Dzieki temu w szybkim czasie zobaczy sie wszystkie wodospady z lotu ptaka. A raczej powiedzialabym z lotu halasliwej wazki, bo do tego owada podobny jest helikopter. Dla J. i mamy byl to pierwszy raz w helikopterze. Ja ponoc juz kiedys lecialam z tata i siostra nad naszym lokalnym lotniskiem w Polsce, ale nie pamietam tego. Skoro nie pamietam, to sie nie liczy, wiec tez prawie pierwszy raz. Mama nie poleciala wtedy z nami, bo… ma lek wysokosci. Tym razem jednak w ramach walki z wlasnymi lekami i slabosciami zostala prawie sila zaciagnieta do wazki.
Raz dwa zanim sie obejrzelismy bylismy w powietrzu. I to bynajmniej nie wznoszac sie lagodnym lukiem, ale dosc szybko i gwaltownie osiagajac wysokosc. Widok byl niesamowity, radosc przepelniala cale pluca, choc mamie akurat bylo niedobrze. Ja za to zajelam miejsce na przedzie, obok pilota:
Mialam stamtad najlepsze widoki. Bryza, ktora w dole moczyla nas lodowatym deszczem, w sloncu tworzyla tecze pieknie widoczna z naszych miejsc VIP
Moze zdjecia nie oddaja tego ogromu i pewnie nie oddadza, ale chyba tez zapieraja dech w piersiach?
Kategoria wpisu: Fotografia, Na wlasne oczy, Podroze, Prywata, Zdjecia, emigracja
Mam tak duzo do opowiadania, ze nie wiem od czego zaczac. Mama nie widziala jeszcze nawet wiekszosci Nowego Jorku, a juz jej sie nie podoba. Twierdzi, ze jest za tloczno, smierdzi (tez mi nowina), a poza tym to nie ma zieleni. Jedyne co jej sie podobalo, to fakt, ze co kilka krokow mozna bylo sobie przysiasc przy stoliczku, napic czegos i zapalic papierosa. Tak, mama jest jedna z tych smrodzacych lokomotywek, o ktorych kiedys pisalam 
Juz pierwszego weekendu zabralismy ja na wyprawe. Kilka godzin jazdy, nie poinformowalismy jej gdzie jedziemy. Jak zobaczyla to to byla zachwycona.

My tez pierwszy raz bylismy nad Niagara. Wrazenie jest piorunujace, a widok niezapomniany. Zadne zdjecie nie odda tego wrazenia, a staralam sie naprawde. W hotelu urzadzilam im walke na poduszki, ale zgadali sie przeciwko mnie i dostalam lomot. Nastepnego dnia polecielismy helikopterem nad samymi wodospadami, pozniej lazilismy i podziwialismy. Moc wody jest ogromna. Nieogarnieta energia, tylko w jednym z wodospadow przelewa sie 285 TYSIECY litrow wody w kazdej sekundzie. W KAZDEJ SEKUNDZIE!!! Z wrazenia brakuje dechu w piersiach, zwlaszcza, ze to na wyzynie,a pluca nie przyzwyczajone do takiej ilosci swiezego powietrza. Podmuch watru zwiewal lodowata wode z wodospadu prosto na nas. Pogoda byla przepiekna, wiec szybciutko wysychalismy, zeby za chwile zostac zmoczonymi jeszcze raz.
Teraz dzieki uprzejmosci J. szefa rezydujemy w Gorach Bialych. Domek jest na wierzcholku jednej z nich. Pogoda nam nie dopisuje, ale i tak nam sie podoba. Wszystkim oprocz Szekspira, ktory okazal sie najbardziej tchorzliwym kotem, jakiego bylo mi dane poznac. Ale o tym moze kiedy indziej.
Kategoria wpisu: Co w duszy gra, Na wlasne oczy, Prywata, Taka Ameryka, emigracja, feelings, mydlo powidlo
Wyczekiwana wreszcie nadleciala. Zaraz po wejsciu na terminal uslyszelismy: LOT Polish Airlines Warsaw- JFK has just landed. Stanelismy przy barierce pelni napiecia. Ja z balonikiem, J. z kwiatami. Przez caly czas J. probowal wprowadzic mnie w stan emocjonalego wzruszenia. Chcial gamon popstrykac zdjecia rozryczanej zonki. Moze wlasnie dlatego, na przekor jemu, trzymalam sie dzielnie. W koncu po prawie godzinie czekania wyszla. Przelazlam przez barierke i pobieglam, nic sobie nie robiac z obcasow. Nie, nie ryczalam, naprawde bylam dzielna
J. pstrykal caly czas zdjecia, ktore zalacze innym razem. Pozniej wreczyl mamusi kwiaty, ja o baloniku zapomnialam z wrazenia
Nie mialam z nia nawet czasu jeszcze porzadnie usiasc i sie nagadac, albo chociaz naprzytulac. Wolne wzielam dopiero od poniedzialku, wiec mamusia wiecej czasu spedza z ukochanym zieciam niz z nie mniej ukochana corcia. Poza tym mamusia sprzata, nie pytajcie mnie dlaczego… Szekspir zaakceptowal mamusie jak swoja. Spal z nia w lozku juz pierwszej nocy.
W kazdym z nas drzemie dzieciak, ktorego trzeba przytulic, poglaskac. Z ktorym trzeba rozmawiac i sie bawic. Kto zrobi to lepeij od mamy. Nie ma to jak jej rece, jej cieple, czy chlodne slowa, jej smiech i placz. Ja nie widzialam swojej juz bardzo dlugo. Jutro po trzech latach i dziesieciu dniach znow ja zobacze.
Poznajemy ludzi, zaprzyjazniamy sie z nimi, kochamy. Tych, ktorzy sa najblizsi naszemu sercu, pragnelibysmy ochronic przed zlem wszelakim. A oni chadzaja wlasnymi drogami, co z reszta jest naturalne jak to, ze po jesieni nastepuje zima.
Kiedy kogos kocham nie moge patrzec jak niszczy siebie. Jak nie widzi rzeczywistosci, nawet jesli ta walnie ja w twarz obuchem, sponiewiera, polamie, wdepcze w ziemie. Kazdy cios mam ochote odeprzec sama, ale wiem, ze nie moge. Nie wolno mi. Wolno mi tylko sluchac placzu, pocieszac, przekonywac, starac sie ratowac. Widze jak tonie w bagnie, ale nie zlapie wyciagnietej reki. Boli mnie to niemalze fizycznie.
Wolalabym miec tylko madrych przyjaciol. Kochac ludzi, ktorzy nie beda krzywdzic samych siebie i nie beda pozwalac na to innym. Niech robia glupstwa, ale niech wyciagaja konsekwencje z lekcji, ktore daje im zycie. Niech odrobia prace domowa do cholery, bo nie chce wiecej miec nieprzespanych nocy w kolko z tego samego powodu.
Czasem mam ochote powiedzec: Wiesz co mam dosc, radz sobie sama. Nie sluchalas mnie nigdy, nie posluchasz i teraz. Nigdy tak jednak nie powiem. Bede za to sluchac godzinami placzu, bede sie martwic, bede przekonywac. Czasem wrzasne z calej sily z marna nadzieja, ze przywolam zdrowy rozsadek. Ech, zeby tak tylko kochac wylacznie rozsadnych ludzi.
Chora bylam dlugi czas. Wlasciwie bedzie niedlugo dwa tygodnie jak zapalenie uszu mnie dopadlo i puszcza bardzo powolnie. Choroby zawsze wybieraja sobie najgorszy czas. A to egzaminy, a to zajecia, nie ma jak przelozyc, a trzeba. Mama przyjezdza we wtorek i wlasnie rozchorowla sie na oskrzela. Kaszle biedulka i prycha. Gada ze mna ledwo zywa.
Czasem mysle sobie, ze jej organizm sabotuje wyjazd, bo mama panicznie boi sie latania. Ma na lot srodki uspokajajace. Na chorobsko ma antybiotyki, choc ma jej ponoc przejsc w poniedzialek. Przygotowana jest juz ponoc na kazdy sposob, ale dzieisciogodzinny lot to zawsze jakis stres, a ona nigdy nie latala.
Jak to jest z tymi chorobami, ze zawsze wybieraja sobie najgorszy czas z mozliwych. Czlowiek nigdy nie jest przygotowana i zawsze musi ciagnac nawet ostatkiem sil.


























